Nie lubię komputerów kiedy się zawieszają w środku dnia i to w dodatku w pracy, kiedy w każdej chwili klient może chciec coś kupic. Bardzo się wściekam kiedy trzeba go restartowac. Nie lubię naszego programu kasowo-magazynowego a zmienic go nie możemy, bo musiałbyśmy wszystko od nowa wprowadzac do bazy, a to byłoby trudne, zwłaszcza, że zimowych butów już w większości nie ma. Poza tym komputery są bardzo przydatne:) I lubię na nich robic mało ważne rzeczy. I lubię mój komputerek:) I w pracy dziś z musu nauczyłam się ściągac zdjęcia z aparatu:) I udało mi się:) Wstyd się przyznac, że nie umiałam, ale ja używając czegoś typu aparat czy nawet komputer - są rzeczy, których nie robię - boję się, że coś zepsuję i już się tego nie da naprawic. Jak tylko coś jest nie tak a ja nie wiem co, dlaczego i skąd to wpadam w panikę. A jakoś mój mózg nie nie może przyswoic informacji dotyczących obsługi komputera, no nie i już:)
Od wczoraj miałam zacząc robic 6 Weidera (zacznę, jutro), cwiczenia na mięśnie brzucha, ponoc bardzo skuteczne, ale wróciłam wczoraj o w pół do pierwszej w nocy z pracy. Byłam w niej 14 godzin, bo wieczorem wystawialiśmy wiosenną kolekcję butów, tylko trzy firmy (dojdzie nam jeszcze 26 kolejnych firm), z tym, że tylko po jednym bucie z 20 modeli, a trzeba było najpierw poprzestawiac zimowe tak, żeby było dobrze. Zajęło nam to dwie godziny. A dziś znowu na 10 rano i na 12 godzin. Ledwo wstałam, ledwo wysiedziałam. Na szczęście zapłacą mi za te nadgodziny. W ogóle postanowili nam płacic za wszystkie nadgodziny raz na trzy miesiące. Dobrze, trochę się zmienia, mimo że nadal T. potrafi coś palnąc, czegoś nie zrozumiec. Tak to jest jak kasa uderza człowiekowi do głowy. Ostatni się uspokoił, ale on naprawdę potrafi dac w kośc. Uważa, że jak ma kasę to może innych traktowac z góry. Jako gorszych. Ale chwilowo jest cisza i spokój a jak coś to ja mam na niego broń, jego własną. Poza tym jest ok, jutro mam wolne:) I idę w środę do kina:) Jupiii, nie mogę przez pracę przestać życ. Bo praca nie może zabierac mi całego mojego czasu. Dlatego jedna z moich koleżanek odeszła i wcale jej się nie dziwię.
DOPISANE
Plan dietowy opracowany. Chleb tylko razowy, w ilościach małych, dwie kromki dzienne. Dużo sałatek, warzyw ogólnie, mięsa, sera. Dużo roznoszenia ulotek w pracy = dużo ruchu. Oprócz tego dużo zielonej herbaty i codziennie przez 6 tygodni szóstka Weidera.
To powinno dac rezultaty:)
Do bani. Od tego tygodnia rozpoczęliśmy system zmian dwunastogodzinnych. I już mnie to wkurza i denerwuje. Dowiedziałam się dziś, że na 10 lutego mamy zaproszenie do kina i co? I ja oczywiście w środę pracuję, bo jakżeby inaczej. W ten weekend mam piątek i sobotę pracującą, więc miałam miec niedzielę i poniedziałek wolny, a żeby iśc do kina muszę się zamienic, więc pewnie w poniedziałek będę musiała iśc do pracy. Po dwóch dniach pracujących jeden dzień wolnego i potem znowu dwa dni pracujące. Masakra. I co z tego, że mam więcej wolnego jak nic mi się nie chce a i tak na nic nie mam czasu, bo jak wracam po 12 godzinach do domu to już raczej nie bardzo chce mi się uczyc czy robic cokolwiek innego. A do kina chcę iśc, ale ta zamiana nie bardzo mi odpowiada. Dwunastogodzinne zmiany to masakra i nie polecam tego nikomu. Najgorsze jest to, że tylko mi one nie odpowiadają, więc pewnie grafik na marzec też będzie po dwanaście godzin. Chyba się wezmę i zwolnię wtedy, bo wiem, że tak długo nie pociągnę. Nie chcę. Po prostu nie chcę.
skomentuj (5)
Wkurw mnie ogarnia jak idę z psem na spacer. Ale nie dlatego, że muszę iśc, tylko wkurza mnie brak odpowiedzialności i znajomości podstawowych praw jeśli chodzi o prowadzenie psów na smyczy. W zeszłym tygodniu jak wyszłam z spem i już wracałam do domu, wychodziłam z naszej alejki kiedy nie wiadomo skąd wyskoczył duży pies. Oczywiście bez smyczy a właściciela nigdzie nie było. Kropka oczywiście zaczęła szczekac a pies na nią z zębami. A paniusia szła sobie za psem 20 mestrów dalej. Pies ani smyczy ani kagańca.
Wkurzyłam się jak nie wiem co, bo baba tylko zawołała psa a ten nic, nie podeszła i smyczy nie założyła. Odeszła z nim. No to ja ruszyłam z Kropką do domu a panusia się jeszcze odwróciła czy ja aby nie idę w tą samą stronę co ona, żeby tylko smyczy nie założyc.
Dziś do samo. Baba ze smyczą w ręku za psem daleko z tyłu a pies sobie sam idzie, bez kagańca, bez niczego. A prawo mówi, że każdy, nawet najmniejszy pies musi byc wyprowadzany na SMYCZY! A ludziska głupie nie rozumieją tego, że jak ten pise kogoś dziabnie to właściciel idzie do pierdla i tyle. Wkurza mnie tez gadanie typu " ja znam swojego psa i wiem, że nikogo nie ugryzie". Ale pies to pies, zwierzę tylko i stac je na wszystko. Jak coś nawet najłagodniejszego psa coś wkurzy to uruchomi się instynkt samozachowawczy i ugryzie. Psu nie ufa się w 100%, ja swojej nie ufam, zawsze chodzi na smyczy, bo ja wiem na co ją stac jeśli wkurzy ją jakiś pies albo człowiek. Ona jak ktoś biegnie albo jedzie na rowerze to się wkurza i chce za tym kimś biec.
I koleżanka M. od nas odeszła w piątek. Pożegnała się mówiąc tylko "cześc" tak jakby miała nastepnego dnia wrócic. Trudno się mówi a nam to na dobre raczej wyjdzie. Cieszę się, że odeszła. Nie pasowała do nas. Wczoraj rozmawiałyśmy o tym z koleżanką A.
i stwierdziłyśmy, że M. mogła kablowac na nas. Jeśli miała nam coś do zarzucenia nie szła z tym do nas tylko do T. najczęściej. Tylko zachowała się źle, umówiła się z naszymi szefami, że zostanie do połowy miesiąca, po czym stwierdziła, że jednak nie i odeszła. Tak się ktoś poążdny i dotrzymujący słowa nie zachowuje. Myślę, że i w nowym miejscu pracy nie zostanie na długo z wielu powodów. Ale nie chcę się dołowac. Mam teraz inne problemy.
Sesja, sesja, sesja... Koszmar każdego studenta.
Napisałam prawie obserwację. Dziś, na pewno jeszcze wieczorem przeczytam to drugi raz i coś zmeinię i dopiszę. Ja niestety nie umiem się uczyc w dzień, nie umiem się skupic. Obiecałam sobie, że jak zaliczę tę sesję to w następnym semestrze będę chodziła na wszystkie zajęcia, na tyle na ile praca mi pozwoli a i w pracy zajdą zmiany. Będziemy dostawac premię a oprócz tego wejdą nam zmiany dwunastogodzinne i co drugi weekend cały pracujący i co drugi wolny, w moim przypadku szkolny:) Ale dzięki temu będę mogła spokojnie iśc do szkoły a nie jeszcze po szkole do pracy jak teraz, zwłaszcza w niedzielę. Dzięki temu będziemy miały więcej wolnego a o to nam chodziło też. Zobaczymy jak będzie, oby tylko lepiej.
I T. ostatnio nie krzyczy. Na pewno będzie dobrze, muszę w to wierzyc. Dziś i jutro wolne na naukę:) W czwartek i piątek do pracy a w weekend do szkoły. Ehhh... Ja już chcę koniec lutego. Wtedy będzie po wszystkim i zacznie się nowy semestr.
DOPISANE 15.01.2010 godzina 2.30
Miło od szefa jest usłyszec, że się rozwinęłam przez te dwa, prawie trzy, miesiące. Że jest zadowolony ze mnie, z mojej pracy. Dziś mi T. tak powiedział jak wychodziliśmy z pracy a potem w samochodzie, że jak porownuje mnie z teraz z tą mną sprzed trzech miesięcy to zrobiłam ogromne postępy i że zawsze wiedział we mnie potencjał i możliwości, tylko musiałam je w sobie obudzic, wykorzystac. Powiedział też, że się rozkręciłam, bo na początku w sumie nie było to takie oczywiste. A T. nie chwali często, więc to naprawdę miłe było. Mam nadzieję, że nic się we mnie nie popsuje. Ja lubię tę pracę i w tym miejscu pracowac. Mimo że dziś chciałam uciekac jak usłyszałam, że jestem z T. SAMA przez 6 godzin. Ale nie było źle, naprawdę było fajnie:) Ale tfu, tfu... Puk, puk - odpukac w niemalowane:)
W pracy ok, ostatnio nawet i w sumie nawet teraz nie chcę stąd odchodzic. Kiedy nie ma T. jest luźno. Wczoraj był i było dobrze. Odchodzi od nas jedna koleżanka. I bardzo dobrze, tak naprawdę żadna z nas za nią tęsknic nie będzie. Powolna, szukała sposobów na to jak się nie narobic a zarobic, dwulicowa. Ponieważ nie chce mieszkac w pracy odchodzi i dobrze. Szkoda tylko, że nie dotrzymuje danego wcześniej słowa. My ją gówno obchodziłyśmy, ale jak ona czegoś chciała to najlepiej od razu się zgadzac i jeszcze miała pretensje, że my się nie zgadzamy. Np. zadzwoniła do mnie w tamtym tygodniu, żeby się zamienic. Ja bym za nią przyszła w poprzednią niedzielę na cały dzień a ona za mnie w tą teraz co będzie. Tyle, że jak się dowiedziałam, w tą niedzielę jej już nie będzie, więc by nie przyszła. A ja jak chcę to jestem stanowcza, zwłaszcza, że ona nigdy się nie zgodziła zamienic się z kimś, zrobiła kiedyś aferę z tego, że musi przyjśc na 8 godzin do pracy. Ciągle siedzi za komputerem albo do łazienki wychodzi. Ale to już prawie prehistoria.
Ale, ale, przedłużą ze mną umowę:) Oby wszystko było ok, bo tu mi dobrze i dojazdy dobre, bo jeden autobus spod domu i 10 minut jedzie. I poza tymi sytuacjami stresującymi jest naprawdę ok. A na T. mam już sposób i postanowiłam go użyc przy najbliżej okazji, oby takich nie było. Na razie jest ok, tfu,tfu... Odpukac w niemalowane.
A teraz o temacie kibelkowym. Będzie o toaletach w centrach handlowych. Do tej pory nie zwracałam na to uwagi, bo do toalet w centrach nie chodzę, zazwyczaj nie mam potrzeby. Ale odkąd pracuję w BC, to korzystam w ciągu dnia dosyc często. I to co tam zastaje jest tragiczne. Jeszcze rano jest czyste, papier toaletowy cały. Ale potem to masakra. Ja nie wiem co trzeba robic, żeby obsikac całą deskę kolzetową, chyba sikac z lotu ptaka. Nie wycierają tego po sobie, wody nie spuszczają, sikają na podłogę i to KOBIETY, bo do męskich nie chodzę:) Nie spodziewałabym się tego po kobietach, ale tak jest. Rąk nie myją. Mówię Wam, przerażenie mnie ogarnia i odruch wymiotny nawiedza kiedy czasem tam wejdę. Straszne. No straszne. W domu na pewno tak nie robią, brak kultury, higieny. Przecież potem tam idzie sikac następna OSOBA. No tragedia. Nie spotkałam się z czymś takim jeszcze. A jak czasem korzystam z toalety, np. w Galerii Mokotów to kibelki są czyste. Wsytd mi za nas kobiety, naprawdę mi wstyd. A podobno to mężczyźni są brudasami.
... Nie odbieram telefonów z pracy przed i po godzinach mojej pracy. A ogólnie mam dośc. Mam dośc tego miejsca i tych ludzi. Mam dośc tego, że są kamery a nikt nas o tym oficjalnie nie poinformował, mam dośc tego, że jestem podglądana, mam dośc tego, że żeby miec jeden dzień wolny muszę najpierw odpracowac 12 godzin. Mam dośc wielu rzeczy. Mam dośc zmęczenia, ciągłego poganiania. I nie tylko ja mam dośc, bo moje koleżanki też. Jestem tak zmęczona, że czuję jakbym tam rok pracowała a nie dwa miesiące i sześc dni. Jedynie fajnie jest kiedy przyjdzie fajny klient. I mam dośc tego, że ktoś inny nie może dokończyc czegoś co zaczęłam. Jeszcze niedawno nikt nie chcieł kończyc po nikim a trzeba było, gdy np. wprowadzaliśmy buty do systemu. A teraz nagle trzy osoby wprowadzają coś do systemu, ale już nie może jedna z nich wprowadzic na fakturę skoro mnie nie ma, bo to wielki problem. Dlatego od dziś nie odbieram telefonów z pracy w moich godzinach prywatnych. Mowy nie ma. A teraz mam trzy dni, tylko w poniedziałek i wtorek wyrobiłam 18 godzin. Mam dośc. Chcę normalną pracę, z normalnym wolnym i bez żadnych głupich pomysłów i gróźb, krzyków na mnie bez powodu i bez podglądania. Ja się do Big Brothera nie zatrudniałam.
Zmęczonam, głowa mnie boli. Spaaaaaaaaac...
Kochani z lekkim opóźnieniem z okazji świąt wszystkiego najlepszego, dużo zdrówka, szczęścia, żeby spełniły się wszystkie Wasze marzenia a Nowy Rok był pełen poztywnych emocji i zdarzeń. Bądźcie szczęśliwi:)
Moc buziaków.